O autorze
Jozef Kapustka o muzyce poważnej i nie tylko.

Jozef Kapustka, pianista, jest absolwentem nowojorskiej The Juilliard School i londyńskiej Królewskiej Akademii Muzycznej. W 2013 nakładem wytwórni DUX z Warszawy ukazała się jego płyta "Improvisations with Bashir", a w lecie 2015 opiniotwórczy brytyjski portal "Culture Trip" umieścił nowy cykl improwizacji fortepianowych Kapustki na liście najlepszych propozycji sezonu muzyki poważnej w Londynie. W 1997 wystąpił w nowojorskiej Carnegie Hall. W 2010 nominowany (wraz z Brigitte Faure) do prestiżowej francuskiej nagrody teatralnej Molières za oprawę muzyczną do sztuki Virginii Lemoine "Une Diva à Sarcelles". Mieszka w Paryżu. Więcej na stronie jozefkapustka.net.

Zapiski z daleka - Epilog

Bardzo dawno temu przydarzyła mi się jedna z tych historii, w które i tak nikt nigdy nie uwierzy . No bo kto wierzy w Pele?

A było to tak: Napakowany jak niedomykająca się walizka i wytatuowany od stóp po czubki włosów Lolo , podrzucając mnie autostopem w stronę wulkanu Mauna Loa opowiedział przy okazji dzieje kilkumetrowej wysokości wału lawy na środku highway'u. Otóż wracając pewnego wieczoru tą samą drogą zauważył nagle idącą poboczem starą kobietę z psem. Pojawili się jak gdyby znikąd. Zatrzymał samochód, kobieta z psem wsiadła i dalej pojechali razem. Kobieta przez cały czas uparcie milczała aż w końcu spytała, czy nie miałby czasami ze sobą jakiejś małpki dżinu. Odpowiadając zerknął w lusterko, ale na tylnym siedzeniu nie było nikogo. Pojął od razu, że miał do czynienia z boginią Pele. Po powrocie do swojej hut obficie skropił dżinem obejście , resztę wlał w siebie i zasnął. Wybuchu nie pamiętał, nie wiedział, że lawa spływała w dół bardzo szybko i nie miałby najmniejszych szans ucieczki. Rano, kiedy wyszedł na zewnątrz doznał szoku. Nietknięty domek stał w samym środku olbrzymiego, dymiącego i kruchego jak chrust pola zastygłej lawy.

Jakiś czas potem znalazłem się na wyspie Moorea. Nie mając niczego specjalnego do roboty pomyślałem, że przetnę ją z jednego końca na drugi przechodząc porośnięte bambusowymi zaroślami wnętrze wygasłego wulkanu, a nóż coś tam niezwykłego znajdę, jak dajmy na to w gwatemalskiej dżungli . Na obrzeżu tropikalnego lasu już wcześniej zauważyłem samotną cabane, do której zbliżałem się teraz ostrożnie. Nie miała drzwi ani okien tylko paliki i dach z zardzewiałych kawałków blachy. W środku na matach siedziała stara kobieta. Zapytałem: "Pao Pao?" , dla pewności dodałem "Bao Bao?" bo nie wiedziałem za bardzo jak to wymówić. Kobieta zamachała rękami nad głową jednocześnie we wszystkich kierunkach, ale zrozumiałem dokładnie, że mam iść prosto przed siebie. Spoglądając wstecz, zauważyłem jeszcze że pies starej kobiety długo odprowadzał mnie wzrokiem, to znaczy do momentu w którym zanurkowałem w gąszcz i zacząłem piąć się w górę. Noc zastała mnie na jednym z tych postrzępionych, fotogenicznych górskich szczytów, nie było sensu schodzić w dół, więc postanowiłem doczekać świtu patrząc na rozgwieżdżone południowe niebo przy akompaniamencie dziwnej mowy zwierząt. Od strony wybrzeża pasat niósł odgłos bębnów.

Obudziłem się, kiedy było już późno. Słońce świeciło bardzo mocno a niebo wydawało się być jednym wielkim snopem iskier odbitym w lśniącej powierzchni Mórz Południowych. Byłem zmęczony i głodny, ale musiałem zdążyć przed następną nocą. Zacząłem iść dalej. Zostało mi kilka godzin.

Another time, another place.

Efekt, jaki wywołało pojawienie się Kapustki na campingu uczęszczanym głównie przez desant z Podkarpacia można by porównać do efektu kontrolowanej detonacji taktycznego ładunku jądrowego. Już tego samego dnia Gracjella znalazła pod drzwiami kartkę od pana Dariusza. Pan Dariusz był trochę autystycznym dandysem, znał się też na wywiadzie środowiskowym bo w pierwszym życiu był uzależnionym od niezobowiązujących, sympatycznych pogaduszek z kolegami z milicji obywatelskiej i do dzisiaj przechowywał cenną pamiątkę tych miłych chwil - mokasynki z kutasikami o podeszwie startej już do grubości kartki papieru. Pan Dariusz oprócz ciuszków kolekcjonował jeszcze uzależnienia, w końcu przykleiła się jakaś tajemnicza choroba psychiczna, ale nie zrażało go to wszystko, wiedział że musi działać, jak mawiał poeta, szybko i efektywnie. Gracjella była długonogą studentką któregoś tam roku filozofii czy czegoś równie głupiego, sama plątała się tu trochę w zeznaniach. Przyjechała na krótko, tyle tylko ile trzeba żeby zabłysnąć na opanowanym przez warszawskich taksówkarzy rynku usług towarzyskich w Neuilly. Od razu wpadła panu Dariuszowi w oko.

"Szanowna Pani, bardzo proszę o niepalenie papierosów w mieszkaniu należacym do mojego znajomego Cedrica Cyrilla Dupond de Trouville'a, gdyż ulatniający się stamtąd trujący dym powoduje u mnie stany lękowe jako u osoby schorowanej zostałem chamsko zaatakowany dzisiaj o godz. 20:16 przez Jozef Kapustka przesiaduje z panią w tym samym pomieszczeniu i popija na co zrobiłem zdjęcia ale odpłaciłem mu pięknym za nadobne. Proszę też o regularne wyprowadzanie psa gdyż oddał mocz w sposób niewłaściwy na moje drzewko szczęścia które dopiero co posadziłem i kosztowało 4,99 euro. W razie niezastosowania się do mojej uprzejmej prośby będę zmuszony nadać sprawie obrót za pomocą moich adwokatów. Życzliwy."

Gracjella do pana Mariusza: "Szanowny Panie, nie o 20:16 tylko o 20:17, kup se zegarek ćwoku jeden albo idź się powieś najlepiej"

Jako że oboje byli tradycjonalistami o odcieniu sedewakantystycznym, to wymiana korespondencji zaczęła nabierać rozpędu.

Ale to już zupełnie inna historia.

KONIEC


Jozef Kapustka

Paryż, październik 2016



Przypisy:

http://www.huffingtonpost.com/2013/09/10/hawaiian-legends_n_3898664.html
Trwa ładowanie komentarzy...