Zapiski z daleka (3)

Miasto po drugiej stronie muru wyglądało jak z jakiegoś średniowiecznego włoskiego fresku. Po drugiej, to znaczy nie po tej samej, po której mieszkał Chełmicki. Pięło się nagle w górę, jeżyło przybudówkami, przybudóweczkami, w dół spoglądały tysiące pustych okien.

Ludzi nie było widać, ale Chełmicki wiedział, że ktoś tam mieszka, bo często w nocy, w dzień też ale częściej w nocy, zza muru słychać było takie jakby pacnięcia.

Jak później ustalił Chełmicki, do miasta za murem prowadziło kilka takich przejść w tym murze. Ludzie wchodzili i wychodzili, wyglądało to tak, jakby przechodzili między różnymi wymiarami, jak na jakimś "Stargate" czy czymś w tym rodzaju. Pacnięcia nie robiły na nich żadnego wrażenia, byli maksymalnie spokojni. Wyglądali też na szczęśliwych, ale instynkt podpowiadał Chełmickiemu, żeby dał sobie spokój z przechodzeniem między wymiarami, bo pacnięcie będzie ostatnia rzeczą jaką usłyszy w życiu.

Chełmicki nie wiedział po co tu przyjechał w ogóle. Przesiadywał całymi dniami na Arpoadorze między Copacabaną i Ipanemą i próbował na siłę nadać jakiś sens swojej obecności. Kupy się to wszystko za bardzo nie trzymało. Potem jak już patrzył z samolotu na rozświetlone nocne miasto to nagle nabrał całkowitej pewności, że chciałby do niego jeszcze kiedyś wrócić.

Jozef Kapustka
Trwa ładowanie komentarzy...